Aktualności
Wakacyjne harce (9.VII.2016) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   

  Coś trzeba robić. Proponuję krótkie wycieczki, wymagające czesto kilku godzin jazdy, ale wciąż krótkie.

  Na początek Słowacki Raj, ok 80 km od granicy z Polską, tuż za Popradem, który kiedyś miał gościć z Zakopanem olimpijskie gry. Słowacki Raj nie jest raczej miejscem dla rodzin z małymi dzieci, w sumie to nawet łatwo stracić tam życie, jakkolwiek dramatycznie by to nie brzmiało. Drabinki, mosty, łańcuchy, wszystko to na kilkukilometrowych szlakach poprowadzonych w wąwozach i choć sama okolica nie wygląda zbyt agresywnie, bo to jednak tylko pogórze tatrzańskie, to jednak jest warta przyjazdu. Kilka godzin na miejsce, kilka na miejscu i jest to bez problemowo jednodniowa wycieczka, za bodajże 1,5 euro wstępu.

 

  Bieszczad przedstawiać nie trzeba. Tu już jednak mówimy o 4,5 godzinnej drodze w okolice Wetliny, czyli na Wielką Pętlę Bieszczadzką. I tam, ewentualnie w Ustrzykach Górnych należy szukać noclegu, to poziom znacznie wyższy niż zepsute Zakopane, zadeptane niestety w sezonie Tatry. Połoniny to opcja nawet dla Waszych dziadków, z parkingu na szczyt można obrócić w niecałą godzinę. Również Tarnica, najwyższy szczyt, to raczej poziom trudności Kopca Kościuszki. Okolica jest relatywnie dzika i niespenetrowana, jeśli w dzisiejszych czasach możemy mówić o takich terenach w tej cześci Europy. Do tego Arłamów, który gościł i Lecha Wałęse i Orły Nawałki, więc wizyta w nim jest jak najbardziej wskazana, jest po prostu imponujący i Szach Reza Pahlavi musiał gościć u Gierka z prawdziwą przyjemnością. Olbrzymi kompleks w środku niczego, w lasach pewnie pełno rysi, niedźwiedzi... trochę się zagalopowowałem. Rewelacyjne tereny do jazdy rowerem, na Solinie do pływania łodkami, a w Polańczyku do gwiazdorzenia na jednej z potańcówek przy domach zdrojowych. To jest na prawdę wysoki poziom.

 

   Na koniec na zdjęciach krótka relacja z Polska - Portugalia w Marsylii, która okazała się nie tak arabska, jak nas straszono. 4 dniowy wyjazd z wejściem na stadion to koszt około 1800 zł przy 4 osobach w aucie, po drodze Nicea, Monte Carlo, Eze, Les Calanques, Cassis, Prowansja i Baden-Baden. 4000 km, 17 godzin jazdy na miejsce, ale absolutnie warte tego wysiłku. 

ZDJĘCIA 

 


 
Iran (6.VI.2016) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
  Iran zawsze mieć warto na swoich radarach, dlatego z powodu katolickiego święta Bożego Ciała pozwoliśmy sobie zakupić relatywnie tanie bilety z Wiednia do Teheranu, praktycznie w czwartą rocznicę poprzedniej wizyty w Krainie Islamskiej Republiki Ajatollahów.

  Plan.. w zasadzie nie było żadnego planu, raczej ad hoc agenda i weryfikacja tego, co zastaliśmy w 2012 roku. Różnice trzeba przyznać są mocno widoczne, od kiedy zaczęli grzebać przy słynnych sankcjach Iran ruszył w kierunku utraty statusu egzotycznej lokalizacji. Globalizacja już puka do bram Iranu, choc była już tutaj niecałe przecież 40 lat temu, za znanego i niezbyt lubianego szacha Pahlaviego. Do Iranu najtaniej dotrzeć liniami Pegasus albo Ukrainian Airlines, najtaniej zrobić to z Pragi, Wiednia, Lwowa, czy Budapesztu. Najbliżej jest z Lwowa, najłatwiej chyba z Wiednia, do którego z Krakowa można dotrzeć na przykład Tiger Expressem. Cena między 500 i 1000 zł w dwie strony.

   Same linie Pegasus idą za trendem, warunki można śmiało nazwać bydlęcymi, coraz mniej miejsca na nogi, coraz wyższa temperatura wewnątrz samolotu, coraz droższe lotnisko Istambuł Sabiha, coraz więcej podróżujących. Ale latanie już dawno przestało być elitarnym zajęciem.


   Na lotnisku w Teheranie ceny amerykańskie, choc można też płacić w euro. Wiza bez zaproszenia to 75 euro (1 miesiąc), dodatkowo naciągają turystę na ubezpieczenie (15 euro), chyba, że posiada się swoje własne, wydrukowane na dużej kartce A4, choć Pan z okienka zrobi wszystko, aby je zakwestionować.

   Po godzinie papierków stąpamy po demokratycznej ziemi irańskiej.

   Kurs dolara podobny do tego jak w 2012 - 34 000 riali za 1 USD - ale złotówka mocno od tego czasu osłabła, a i same ceny w Iranie poszły do gory. Efekt? Iran stał się dla Polaków od 50 do 100% droższy niż 4 lata temu. W Teheranie widoczny jest podział północ-południe (i będzie dalej widoczny przez następne pewnie 100 lat). Dwa różne światy, południe jest biedne, szare, zasmogowane niczym Kraków w szczycie sezonu grzewczego, nastrojami rządzi tam bazar i meczet. Północ usadowiła się przy wierzchołkach gór Elburs, przy dobrej widoczności można dostrzec szczyt Damavand - 5604 m. Powietrze jest czystsze, ludzie bardziej elegancy, kawiarnie rodem z warszawskiej hipsteriady, a naftowe rody ogrodziły się w luksusowych willach. Tylko korki są takie same, pełnen egalitaryzm (choć pewnie w północnym są większe, bo góry i bo drogi węższe), mimo tego, że w tym 13 milionowym molochu wyjazdówka z miasta ma 9 pasów.
 
 
   
   Badamy Erbil, muzeum zbrodni szacha, dużo propagandy (jak od rana przy śniadaniu w Press TV, to taki irański CNN, płyną informacje o gigantycznym kryzysie w Europie i w USA), również tradycyjny bazar, nie obywa się bez próby wcisnięcia dywanu, choc Persowie to nie Arabowie (biada temu, kto pomyli) i na siłę nikogo do kupna zmuszać nie będą. Szybka relokacja metrem (inny transport w Teheranie nie ma sensu) do północnych dzielnic, Darwandu i Velenjaka i wyciągi i kolejki wywiozą nas na szczyty, z których roztacza się widok na cały Teheran. Ceny też poszły w górę co najmniej 2 razy, w stosunku do tego co na południu i w stosunku do tego, co 4 lata temu.

   Nocleg w Teheranie tylko u Firouzeha http://www.firouzehhotel.com/. To człowiek instytuacja, który w Iranie zna każdego, kogo należy znać. Coś a la Krzysztof Jarzyna ze Szczecina.

   Na drugi dzień autobus do Kashan, dla fanatyków religijnych po drodze jest Qom. W Kashan jak zwykle piękne hotele w starych pałacach handlarzy dywanami i daktylami i kolejna smutna niespodzianka, ceny za wstęp wzrosły z 0,5 $ do mniej więcej 4$. Kilkuset procentowy wzrost to chyba dużo.
 
 
   
   Nie pozostaje nic innego jak wynając taksówkę i przez niesławne zakłady wzbogacania uranu w Natanz dojechać do Abyaneh (kolejna zmiana ... przy wjeździe do wioski postawiono kasę i szlaban... po wiosce spacerują setki turystów... 4 lata temu było ich 5 i nas 3) i w końcu do Isfahanu. Wszędzie są tłumy, rozrosła się klasa średnia, która uzbierała pieniądze na podróżowanie, na razie jeszcze nie wyjeżdza poza granicę gremialnie, ale trend się zapoczątkował. Widać to Chinach, widać to w Iranie, widać w Tajlandii i w Indiach. Każdy chce się przemieszczać, każdy chce podróżować, zwiedzać, konsumować i lansować się na Instagramnie, Snapchacie i starym, dobrym Fejsbuku.

   Isfahan to drugi największy plac na świecie, po tym chińskim Tianmen w Pekinie, do około północy wypełniony dywanami, na których perskie rodziny organizują ciepłą kolację, mało kto przejmuje się tym, że dzieci nie poszły po bajce spać. Wciąż dziwi mnie brak w Iranie bazy gastronomicznej, restauracje to rzadkość w irańskich miastach, budek z kebabem jest znacznie mniej niż na przykład w Krakowie. Tu po prostu gotuje się w domu, "na mieście" jada nazwijmy elita. Ale nie wiem, czy to dobre słowo na określenie tej grupy. Na Isfahan proponuję 2 dni, tuż obok "rynku" jest fajny hotel - 60 USD za trójkę. To ważne, bo w Isfahanie z reguły hotele są kilka kilometrów od tego przyjemnego miejsca. Miło się chodzi po miejscowym bazarze, coś na kształt Sukiennic, niestety w większości chińszczyzna, ale nikomu nie przyjdzie do głowy nagabywać przechodnia.

   W czerwcu w Iranie już dobrze powyżej 30 stopni.

   Ruszamy do Yazd, 5 godzin, ceny transportu autobusowego w Iranie dalej są pomijalne. I wciąż autobusy mają w rzędzie konfigurację 2+1 i rzędów 2 razy mniej niż w autobusach europejskich, przeciwieństwo Pegasusa czy Ryanaira. W Yazd wizyta u słynnego cukiernika Ali Rahbara, to jest poziom lodziarni ze Starowiślnej .Prawdopodobnie jedne z najlepszych słodyczny na świecie. Słynne wieże wiatrowe, czyli jedna z pierwszych klimatyzacji naszej cywilizacji, to tylko dodatek do powyższego. Ale i tak po Yazd warto się chwilę pokręcić, sam Marco Polo tutaj się zatrzymywał, ale zawsze do takich informacji sceptycznie trzeba podchodzić, tak jak i do tej, że Krzysiek Kolumb to syn Władka Warneńczyka, polskiego króla.

   W tamtych rejonach Bafq i Kalmand Protected Area zapraszają na zabawy na wydmach, za 50 USD można mieć pełne wyżywienie, wielbłąda, quada, piknik pod gwiazdami i towarzystwo prawdziwego Persa. Iran to głównie miasta, więc taka wycieczka to dobra odskocznia. Polecamy, choćby nawet siedzieć cały dzień w namiocie. I w nocy też w nim siedzieć. Pamiętajmy, że to ponad 40 stopni i pobyt na pustynii nie jest wskazany.

  Część wycieczki udała się dalej na południe, klasyczna trasa przez Persepolis do Shirazu, a dla na prawdę chętnych jeszcze dalej na południe, część samolotem (bilet około 60 USD, generalnie bilety w Iranie można kupować w biurach podróży nawet na dzień przed wylotem za stałą cenę, z reguły 45 USD, ustalone dekretem państwowym) udała się do Mashhadu. Do świętego miejsca szyitów należy podróżować odpowiednimi liniami, żeby nie doczekać się statusu męczennika, jak Imam Reza, który w Mashhadzie zginął. Samoloty w Iranie nie są najlepiej serwisowane, z powodu sankcji USA zalecam wybrać linię, która operuje na Airbusach, a nie na Boeingach, czy Ilyushinach. A nawet jeśli wybierzemy Airbusa, to i tak zobaczymy coś, co wyszło z fabryki 40 lat wcześniej, jeszcze za szacha, kiedy do Iranu zwożono wszystko, bez względu na cenę, kiedy trzeba było jakoś zyski z ropy zrealizować, a nie koniecznie dobrze zainwestować.
 
 
 
    Masshad to w zasadzie tylko Holy Shrine, kompleks do którego rocznie przybywa 20 mln pielgrzymów, kompleks około 400 x 400 metrów, miejsce pochówku Imama Rezy, uniwersytet, biblioteka, muzeum. Obiekt typu Watykan, na 2 dni zwiedzania. Mili i sympatyczni duchowni z Los Angeles próbują przekonać, że Islam to nie taka zła religia, jak się ją w mediach przedstawia. Każdemu nie-islamiście przysługuje obowiązkowy przewodnik, raz z lepszym, raz z gorszym angielskim, w sumie jednak przy ciemniej karnacji da się w tłum wtopić i udawać pobożnego pielgrzyma. Wokół kompleksu są SETKI hoteli, w każdej kategorii cenowej.

   Do Teheranu wracamy znów samolotem, samoloty do stolicy odlatują literalnie co 10-15 minut. Iran to naprawdę lotnicza potęga... szkoda jednak, że zbudowana na na sprzęcie z demobilu !!! I znowu Azadi Tower ... I Melad Tower... wieże symbole gorszego i lepszego Teheranu... i do tego Mauzoleum Chomeiniego... w drodze na lotnisko, otwarte całą dobę, ludzie nocują przykryci dywanem. W Islamie meczet to nie tylko miejsce modlitwy, ale sypialnia, jadalnia, klub dyskusyjny.

   Docieramy na lotnisko, 10-20 USD z Teheranu, godziny szczytu między 1 i 6 nad ranem i znów się nic nie zmieniło, tuż po starcie większość kobiet nerwowo pozbywa się obowiązkowego w Iranie nakrycia głowy. To że hidżab, czador i reszta nakryć zostanie wycofana z użycia, jest kwestią czasu.
 
    Dla znudzonych klasycznym Iranem przedstawiamy poniżej dodatkową, 3 dniową pętlę po górach i wybrzeżu Morza Kaspijskiego. 
 
 
 

 
Kampania, Amalfi i Monte Cassino (10.V.2016) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   

   Warto czasem wyjść poza strefę komfortu i ruszyć w miejsca, gdzie nie ma bogatego socjalu, płaskich jak stół dróg i  gdzie wywóz śmieci nie jest oczywistością, a raczej    wyjątkiem. Jedziemy do Neapolu.

 

ZDJĘCIA  

  

   Włochy to w siatce Ryanair i Wizzair od wielu lat obok Norwegii najtańsze kierunki. Do Norwegii przed czerwcem jeździć nie polecam, Włochy zalecam od wielu lat, kuchni nie trzeba przedstawiać, stężenie zabytków wg UNESCO jest największe na świecie, a małe włoskie miasteczka to dokładne przeciwstawieństwo tych polskich, które kandydują swoją brzydotą do tej samej kategorii, co afrykańskie. Do Neapolu lecimy w piątek z Katowic, bilet powrotny już od 150 zł. Lot krótki, poniżej 2h, lotnisko jest w centrum miasta, rentalcars.com dostarczy auta, od lat zalecamy ubezpieczenie, bo we Włoszech łatwo o zadrapanie czy szybę rozbitą, a nawet kradzież.

    Przez centrum raczej zalecamy przelecieć, jest trochę atrakcji, ale to nie jest klasa światowa, poza tym miasto jest pełne żebraków, złodziei, a przede wszystkim śmieci, które w Neapolu są wszędzie. Miną lata, zanim uda się wysprzątać miasto, zniszczone przez kryzys śmieciowy i znaną w okolicy camorrę, mafię. Plotka głosi, że śmieci zakopywane są nawet w jaskiniach przy Wezuwiuszu, a może nawet w samym kraterze ?

   Najlepsze co można zrobić, to chwilę się po Neapolu pokręcić i dokonać konsumpcji pizzy, która  w Neapolu się narodziła w Pizzerii Brandi (margherita), na miejscu obecny jest pierwszy kamień, na którym pizza powstała, do dziś wysoki poziom. Takich pizzeri w Neapolu jest więcej i wszędzie pizza (pizzetta) jest po prostu wybitna. Cena to 3-5 euro, nie więcej.

 

   W okolicę Wezuwiusza łatwo dojechać, nie zawsze jednak widok będzie wybitny, bo chmury tam często się kręcą, poza tym smog, czyli znane nam atrakcje. Dojechać możemy tylko do pewnego poziomu, resztę trzeba pokonać za 2 euro taksówką, na górze wstęp na sam teren Wezuwiusza to 10 euro. Wezuwiusz to wulkan uśpiony, ostatnia erupcja była w 1944, więc spodziewać się należy niedługo powtórki (może dlatego nikt o ten Neapol nie dba ?). W każdym razie warto, to przecież jedna z pierwszych lekcji geografii w podstawówce.

   Po wizycie na Wezuwiuszu pora na zaznajomienie się z jego działalnością niszczycielską, czyli albo Herkulanum albo Wezuwiusz.

  • Herkulanum - wstęp to bodajże 12 euro, podobnie jak do Pompejów. Z tym, że Herkulanum jest znacznie mniejsze i można obejrzeć je "zza ogrodzenia" i to do tego to obiekt na maksymalnie 2 godziny zwiedzania.
  • Pompeje - również uszkodzone przez lawę i popiół w 44 roku AD, ale znacznie, znacznie większe, i to jest już wycieczka na 1 dzień i nie da się tego zobaczyć "zza płotu".

   W zależności od tego, którą opcje wybierzemy, możemy ruszyć prędzej lub później w kierunku Wybrzeża Amalfi. Po przejechaniu kilku tuneli wąską autostradą żegnamy się z brzydotą Neapolu i okolic i dojeżdżamy do zupełnie innego świata, kilkadziesiąt kilometrów pięknej drogi nadmorskiej, na wysokim klifie.  Limoncello, cytryny, piękne podwieszone miasteczka (Positano, Amalfi, Ravello), to jest najwyższy światowy poziom. Nie jest tam tanio, niedaleko stamtąd do mitycznego, bogatego Capri, ale można znaleźć przyjemną dwójkę od 60 euro w górę za dobę. Do Capri na okrągło pływają promy czy to z Neapolu czy to z Sorrento, ale na pierwszy raz spokojnie  można zostać w Amalfi i cieszyć się z każdej godziny spędzonej w miasteczkach, choć jak to w całych Włoszech, turystów tam masa. Dość trudno jest dostać się do morza, w większości przypadków plaża jest kilkadziesiąt, kilkaset metrów pod zabudowaniami.

 

   Dni mijają i pora wynieść się z Amalfi. Nie trzeba wracać tylko do Neapolu i oglądać tamtejszą biedę, ale warto pojechać dalej w kierunku Rzymu, żeby po drodze zMonte Cassino, rzeczywiście lokalizacja klasztoru jest imponująca, kto ma Monte Cassino, ten kontroluje "wjazd" do stolicy Włoch. Ogromne straty po obu stronach muszą położyć się cieniem na propagandę, którą serwuje się ludowi na temat tej walki. Było to ogromne poświęcenie, ale podobno niezbyt mądrze zaplanowane i wykonane. Straty i rany sięgały 50% walczących. Klasztor jest w miarę nowy, ten z czasów wojny był kupą gruzów, obok duże wrażenie robi polski cmentarz wojenny, na którym co roku będą się pewnie odbywać piękne uroczystości. Na Monte Cassino płatny jest tylko parking koło klasztoru, ale to specyfika Włoch, o miejsce do parkowania wybitnie trudno, więc to co zostało, obłożone jest opłatami.

 

   Po drodze do Rzymu i lotu z Ciampino warto jeszcze odwiedzić siedzibę letnią papieży, Castel Gandolfo, nie duży pałac nad brzegiem pięknego jeziora 20 km od Rzymu, i mikroklimat i piękne widoki i przypałacowy ogródek jest dostępny od kilku lat dla śmiertelników, gdyż Franciszek zgodnie z polityką "cost savings" otworzył Castel Gandolfo dla zwiedzających (trzeba się umówić i zapłacić).

   No i Rzym.. Ale to już temat na inne opowiadanie.. A na to co powyżej proponuję 4-5 dni.

 


 
Azory (20.II.2016) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
 
JAK DOLECIEĆ
 
Wbrew temu, co mówią na mieście, na Azory nie da się dojechać autobusem nr 130. Praktycznie wszystkie loty prowadzą przez Lizbonę, Azory to przecież autonomiczny region rzeczonej. Proponuję kombinację Warszawa - Lizbona (Wizzair, Ryanair), Warszawa - Porto (Wizzair, Ryanair) lub Berlin - Lizbona (Easyjet, Ryanair), a potem co najmniej 3 linie za bardzo niskie pieniądze zabiorą nas do Ponta Delgada (powyższe plus Sata, narodowy przewoźnik z Azorów). Najniższa realnie stawka to 400 PLN za całą trasę, realnie około 500-600 PLN. 

  Pomiędzy wyspami bardzo rzadko pływają promy (głównie w lecie), co najmniej raz dziennie coś leci. Lotnisko w Ponta Delgada to żaden barak, to poważne lotnisko, miejsce wielu międzylądowań pomiędzy Europą i Ameryką. Sata Airlines lata między innymi bezpośrednio do Toronto i Bostonu (4-5h). Azorska diaspora tam głównie znajduje się. 
 

  Lotnisko znajduje się prawie w w centrum stolicy, jego wschodnie ogrodzenie dotyka głównej ulicy miasta. Terminal jest jednak na drugim końcu, więc do miasta czeka nas 3 kilometrowe dreptanie, bo z tego co wiem, to nic stałego tam nie jeździ.

NOCLEGI

  Tylko w Inn53 GuestHouse. Za 17,5 euro za osobę dostajemy genialny nocleg, właściciel operuje od kilku miesięcy, każdego z 6 klientów traktuje jako członków rodziny (bo tyle miejsc jest w pensjonacie, 3 pokoje po 2 osoby). To dentysta, wysoki poziom intelektualny. Obu mu się to nie znudziło. Miasto jest małe, więc cokolwiek byśmy nie zarezerwowali, będzie w granicach spaceru od centrum. W zasadzie na głównej wyspie, San Miguel, nie ma potrzeby mieszkać gdzie indziej, wszystkie atrakcje są w zasięgu stolicy, czy to poprzez wynajęte auto czy przez sieć rzadko jeżdżących, ale jednak, lokalnych autobusów (ich rozkład i mapa to obowiązkowy zestaw każdego mieszkańca i turysty, ceny do 5 euro za przejazd, w zależności od ilości przystanków, autobus objeżdża po drodze wszystkie lokalne wioski i ma to swój urok, choć trwa wieki).
 
 
 
KIEDY

  Najlepszy czas to czerwiec. Wokół wyspy kręci się wtedy cała paleta delfinów i wielorybów.. ale w każdym innym miesiącu natura na morzu jest też gwarantowana, w najmniejszym stopniu w styczniu i lutym. Kilkugodzinna wycieczka w ocean to koszt 50 euro. Pogoda waha się od lekkiego deszczu i 16 stopni w lutym, do 25 stopni i ciepłego oceanu w czerwcu i lipcu (Azory są pod wpływem ciepłego prądu Golfsztrom).
 
 

CO I JAK ZWIEDZAĆ

  Główna wyspa jest relatywnie mała. Mamy tam 3 kaldery wulkanów i wokół tego się wszystko kręci. Wulkany na Azorach wybuchały ostatnio kilkaset lat temu.

Idźmy od zachodu:

  • Sete Cidades - na jego dnie 2 połączone ze sobą jeziora, małe miasteczko, kilka szlaków wokoło, max kilka godzin, uważać na chmury, które często całą zabawę psują. Ze stolicy jest o 9 autobus, powrót o 17.

  • między Mosteiros i Ribeira Grande (dość ładne miasteczko na północy wyspy, ale maksymalnie na godzinę pobytu, z powodu małej ilości genów z zewnątrz ludzie wyglądają lekko podejrzanie!), wysokie klify i wielkie fale Atlantyku, które przytłaczają małego człowieka!

  • Lagoa do Fogo - najdziksze z jezior na dnie kaldery, można tam dotrzeć piechotą w godzinę czy dwie albo z północnego albo z południowego wybrzeża! Po drodze gorące źródła za 2,5 euro. Again - uwaga na chmury, mogą zasłonić widok na dno kaldery. Do Fogo nie kursuje żadna komunikacja zbiorowa.

  • Furnas - trzecie z serii jak wyżej, najbardziej przyjacielskie, spokojne miasteczko na dnie, idylliczne jezioro, gorące źródła, gdzie na kasie siedzi Pani z Ukrainy, do wulkanu dojeżdża autobus, spacer z wybrzeża jest wskazany tylko dla najbardziej zdeterminowanych

  • kilka szlaków na wschodzie wyspy, atrakcja na max kilka godzin
 
  W wulkanach genialny jest mikroklimat, na wybrzeżu może padać, dąć wiatr, mgła, nieprzyjemnie, a w środku.. cisza, spokój, 23 stopnie, tropikalna roślinność... 
 
 
 
Do tego warte uwagi wyspy:

  • Terceira - ze słynną bazą amerykańską, gdzie Bush, Aznar i Blair decydowali o ataku na Irak i z będącym na liście UNESCO miasteczkiem Angra do Heroismo

  • Pico - z największą górą Azorów, oczywiście wulkanem Pico, 2351 m n.p.m.

Wysp w sumie jest 9, rozrzucone na 650 km, samoloty nie są zbyt tanie, ale SATA oferuje przeloty na przykład z Lizbony do Ponta Delgada ze stop overem na Terceira czy Pico, więc to jest droga, która można podążyć.

5-7 dni to na Azory wystarczająco dużo czasu, a i z 3 będziecie zadowoleni.
 
 

CO ZJEŚĆ

  Wyspa żyje z turystyki, rolnictwa, połowu ryb i robienia nabiału, więc też nie będziecie zawiedzenie, choć trzeba sobie powiedzieć, że portugalska kuchnia nie mieści się raczej w TOP5 światowych kulinarnych dokonań. Kawa i pasteis de nata za 1 euro to jednak bardzo dobra oferta, a sama kawa za 0,5 euro zawstydza naszych biznesmenów, którzy w Krakowie serwują ja za 2 euro.
 
 


 
Toskania i San Marino (3.II.2016) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   

   Krótkie zimowe wakacje w Toskanii. Do tego najlepiej nadaje się tani lot do Bolonii, ojczyzny słynnego spaghetti. Loty praktycznie codziennie albo z Katowic albo z Krakowa, da się upolować około-weekendowe przeloty już od 100 zł w dwie strony i nie jest to wielka sztuka. Loty do Bolonii to w zasadzie najtańśze loty z całej siatki połączeń tych 2 godnych siebie przewoźników. Z Bolonii jak najszybciej uciekać, tam czuć wpływ Alp (Dolomitów), których zimne wiatry rozchodzą się po całej Nizinie Padańskiej. Cała Toskania, w starym dobrym usypiającym, ale wartościowym stylu omówiona jest tutaj:

Nasza propozycja:

  • auto w Bolonii, polecam Avis, nie dajmy się nabierać na oferty potencjalnie najtańszych wypożyczalni, one zawsze znajdą na nas jakąś ukrytą dopłatę, typu 2 euro za litr benzyny, którą musimy u nich zakupić. Avis, Herz, Budget pod tym względem trzymają poziom. Ubezpieczenie pozostawiam tradycyjnie własnemu sumieniu

  • tor w Imola - tam zginął w 1994 roku Ayrton Senna, tor lekko zapuszczony, ale ciekawy, tuż obok miejskich kamienic, klasyka każdego fana Formuły 1 -> WYPADEK SENNY 

  • San Marino, jedno z niewielu "bytów" bez publicznego długu, prawdopodobnie swoje bogactwo zawdzięczające niezbyt czystym finansowym interesom. PIęknie położona stolica, wysoko na skale, widać z niej między innymi stadion, na którym regularnie San Marino spuszczamy łomot. W ogóle widać stamtąd całe państwo. San Marino to wyprawa na kilka godzin

  • przez Apeniny dostajemy się już na teren Toskanii. To są wysokie góry, więc potrzeba na to chwili. Do Toskanii możemy wjechać na wysokości pięknej Cortony, z widokiem na toskańskie pagórki. Tam już zaczyna się kraina kamiennych domów, z dojazdowymi drogami, wzdłuż których rosną cyprysy, wszystko to otoczone wszechobecnymi winoroślami. Ceny w takich posiadłościach zaczynają się od 100 euro za dzień, za 4 osoby.

  • następnie Siena, słynne Palio, odbywająca się 2 razy do roku gonitwa koni na głównym rynku w tym pięknym mieście... rynku w kształcie muszli... pod niezwykłym nachyleniem... na szczycie wzgórza, na którym położona jest Siena

   

  • po Sienie czas na całą prowincję Chianti... tego wina raczej nie znajdzie się w Lidlu, butelki zaczynają się od kiludziesięciu złotych, więc to raczej nie ten target.. dobry rocznik Chianti Classico to znacznie większy wydatek, nie dla nas taki zbytek i luksus! Cała region jest piękny, niejeden zamarzy o posiadłości na wzgórzach, z reguły z basenem, w odległości kilkunastu kilometrów od jakiegoś małego toskańskiego miasteczka (Radda in Chianti, Gaiole in Chanti), gdzie zawsze znajdzie się wybitna trattoria, jeśli nie nakarmi nas nasz gospodarz (co jest raczej nieprawdopodobne)

  • a następnie San Giminiagno, toskański Manhattan, z wieżami budowanymi na zasadzie, że kto bardziej znaczny, ten będzie miał w domu wyższą wieżę (było ich tam w szczytowym okresie 72). To wszystko są piękne miasteczka, z reguły jednak zawsze z płatnymi parkingami, od 2 euro za godzinę i nie ma specjalnie dla tego alternatywy. Z reguły też jednak nie potrzeba na nie więcej niż godzinę czy dwie

  • będąc tak blisko, nie można pominąć PIzy.. Krzywa Wieża, które od zawsze byłą krzywa (zaczęła się przechylać już w momencie budowy), imponuje, ale nie aż tak, jak nam się wydawało, że będzie imponowała

  • no i na koniec Florencja, to tu narodził się ponoć renesans, tu upadły mroczne czasu średniowiecza, które notabene nie były tak mroczne, to przecież w średniowieczu rządził Kazimierz Wielki, który zostawił Polskę murowaną. Katedra w centrum Florencji jest niesamowita, a spacer pod samą kopułą wart 15 euro. Palazzio Vecchio, Galeria Uffizi, Galeria miejscowej ASP (Accademia) - to wszystko przybytki, które zauroczą nawet prostego człowieka (choć wstęp od 10 euro). Amerykańskie studentki, córki teksańskich nafciarzy, zostają we Florencji długie miesiące, delektując się sztuką, kuchnią, winem i urokiem włoskich mamoni. Widok z Piazzale Michelangelo na katedrę i Ponte Vecchio jest wart wielu pieniędzy

  • i można by tak tygodniami, bo przecież pizza już od 6 euro, spaghetti od 7, vino de la casa od 6 euro za litr, talerz przekąsek z parmezanem na czele od 10 euro. Opcji jest multum we Florencji, która ma 350 tys, mieszkańców, jest 2 tys lokali, w Krakowie, który ma prawie milion, jest ich połowę mniej. Włosi żyją w lokalach 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę, choć przyznaję, że tych lokali przynajmniej na prowincji widać mniej, niż jeszcze kilka lat temu... 
 

 

hh


 
Na narty w Schladming (12.I.2016) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
   
   Wszystkim, którzy pragną poszusować na w miarę TANICH nartach, na godnym poziomie, polecam ruszyć do Ramsau, tuż obok lodowca Dachstain, jedyne 750 km od Grodu Kraka. Z tym, że narty to nigdy tani sport nie był, więc nie spodziewajmy się wyjazdu za 500 zł, ale mimo wszystko w porównaniu do Alp Francuskich, Szwajcarskich, czy nawet Tyrolu, będzie to relatywnie tania impreza. No i poziom jednak wyższy niż w Białce albo Kasinie.

  750 km to 8 godzin spokojnej jazdy, praktycznie cała trasa prowadzi autostradami, czy też dwupasmówkami. Winieta na Czechy i Austrię jest wymagana. Wyjeżdżamy z Krakowa po pracy, na północ powinniśmy dojechać do Ramsau, znanego z tego, że w centrum znajduje się skocznia, gdzie Adaś Małysz przygotowywał się do słynnych lotów ("leć Adaś, leć"). Skocznia jest podświetlona do późnego wieczora, w kilkanaście minut można się wdrapać na sam szczyt, a samobójcy mogą nawet spróbować zjechać.

  Ramsau to centrum biegówek, dziesiątki kilometrów tras, na których odbywają się poważne zawody, w tym na przykład Puchar Świata w Kombinacji Norweskiej, choć to mało poważny sport jest. Ciekawa alternatywa dla alpejskiego narciarstwa, set do biegania (buty, narty, kijki, wszystko lekkie jak piórko) można pożyczyć na miejscu za 12-16 euro za dobę. Polecam, szczególnie napalonym biegaczom. Wejście na trasę kosztuje od 4 do 6 euro, oczywiście trasa jak to trasa... ma kilkanaście kilometrów i można się do niej włączyć w dowolnym momencie.. bez biletu... pozostawiam swemu sumieniu!

  Niezliczone są możliwości spacerowania po górach. Alpy to 298 tys km2, podczas, gdy Tatry to... 785 km2 :). Miejsca i możliwości chodzenia po szlakach nie wystarczyło by na kilka reinkarnacji. Do tego miejski basen i sauna - 4 h to bodajże 6 euro, wiele pensjonatów ma tę atrakcję w cenie. Jedzenie na stokach - słynne zupy gulaszowe po 4,5 euro, spaghetti i pizza od 8 euro, wiener schnitzel od 11 euro. No chyba, że zapasy z Polski, ewentualnie zakupy w Spar.
 

   No i cream of the cream, Ski Amade, czyli to, po co teoretycznie tu przyjeżdżamy. 860 km tras, dość nisko, bo do 2-2,5 tys. m. n.p.m., ale nasłonecznionych, dośnieżonych, wyratrakowanych. Codziennie można odwiedzać inny ośrodek, średnia cena jednodniowego karnetu wychodzi poniżej 50 euro, na wielodniowym tak naprawdę zarabiamy max kilka.


   Zasadnym jest więc dla mniej napalonych narciarzy zrobić sobie wyjazd 3+3, czyli 3 dni jeżdżenia plus 3 dni innych atrakcji, wymienionych powyżej lub tych, o których wspomnę poniżej:

  • - lodowiec Dachstain
  • - skocznie w Kulm i Bischofshofen
  • - dość urokliwe Halsttatt, które Chińczycy skopiowali u siebie - POPATRZMY NA TO
  • - zamek Hohenwerfen
  • - Salzburg -  Mozart, RedBull, te sprawy
  • - National Park Berchtesgaden z KonigSee, jeziorem przypominającym norweskie fiordy
  • - tor bobslejowy w Berchtesgaden
  • - no i Orle Gniazdo - Das Kehlsteinhaus, górską siedzibę Hitlera, dla miłośników tego zbrodniarza, nieczynną w zimie, obiekt na wysokości 1800 metrów, do osiągnięcia albo specjalną windą, albo kilkugodzinną wspinaczką.
 
 
  

  Wszystko to w obrębie maksymalnie godziny jazdy, a raczej w kierunku 30-40 minut od Ramsau, chyba, że chcemy wykonać całą pętlę.

  Artykuł nie był sponsorowany, ale nabazgrany z 5 dniowego rekonesansu w okolicach Sześciu, pardon Trzech Króli.

 
Tajlandia i Laos (4.XII.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   

    Powalczmy w tym stylu !! Plus dorzućmy jeszcze płd-zach wybrzeże Tajlandii i słynne Phi Phi! 

TAJLANDIA i LAOS na zdjęciach 

Tajlandia i Laos

Link do zakończonej relacji


 
Irlandia (25.X.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
  Irlandia nie wygląda na bardzo egzotyczny kierunek, przecież mieszka tam około (?) 150 tysięcy Polaków, czuć się tam można jak w domu, choć wierzyłem, że Polak czai się tu za każdym rogiem, a jednak trzeba było trochę poniuchać. Jak na wyspę, na której mieszka w sumie 4,6 mln ludzi, to całkiem dobry wynik, a dziś po 21 na pewno się jeszcze polepszy!!

  Do Irlandii warto się wybrać (z Polski w 2 strony można polecieć poza sezonem już za 150-200 zł tam i z powrotem, irlandzkie miasta - Dublin, Shannon, Cork, Belfast - obstawiły równo Ryanair i Wizzair, wożąc spragnionych dewiz Polaków w zasadzie z każdego większego miasta, które posiada lotnisko - a w Polsce posiada je np. Radom, Gdynia i Szymany), bo tam po prostu jest fajnie!
 
  Krótka obserwacja miejscowej społeczności mówi mi jednak, że asymilacja nie przeszła do końca idealnie, ciężko Polaków spotkać w irlandzkich pubach, ani po jednej, ani po drugiej stronie kontuaru. To że nie ma ich po stronie klienteli to pewnie i dobrze, choć chyba nie ma nic bardziej irlandzkiego niż irlandzkie puby, ale to że nie ma ich po stronie nalewającego, będąc równocześnie obecnymi na zapleczach w kebabiarniach i hamburgerowniach, napawa mnie smutkiem!
 
 
  Ale nie idźmy tą drogą, nie dokonujmy analizy sytuacji emigrantów z Polski na Wyspach. Przykładowe 4-5 dni rekonesansu w Irlandii może wyglądać tak:

Dzień 1

- przylot do Shannon, tam nic oprócz lotniska nie ma, obok jest Limerick (ujdzie), skansen w Bunratty (wraz za zamkiem) i Adare (jedna z najstarszych irlandzkich wsi)

Dzień 2

- Moherowe Klify, zdecydowane nr 1 w Irlandii, dojeżdżamy klasycznymi lokalnymi dróżkami, kamienne murki, farmy, trawa, konie i ocean na horyzoncie. Niekoniecznie trzeba wchodzić czy wjeżdżać przez główne wejście, bo to koszt ponad 10 euro, 1-2 kilometry dalej da się wejść na obiekt "od strony pastwiska", wygląda na całkiem legalne wejście, korzystają z niego obywatele nie tylko Polski, a również Hiszpanii i Portugalii, których w Irlandii jest zaskakująco dużo. Wysokość klifów to nieco ponad 200 m, niby niewiele w stosunku do norweskich fiordów, ale upadek z nich może być równie bolesny. Robią wrażenie!
 
Klify

- Zamek w Kinrava -  po drodze, więc niczego nie tracimy i zdecydowanie niczego wielkiego nie zyskujemy

- Ashford Castle + Lough Corrib - 5* hotel, za bodajże 5 euro można ogrzać się w jego blasku, obejrzeć jego ogrody, jezioro, ale do środka wstępu mieć nie będziemy. Zdecydowanie jednak numero uno irlandzkiej sztuki zamkowej. Po 18-tej wpuszczają na teren kompleksu za darmo.
 
Ashford

 
Dzień 3

- przenieśmy się na południe, do Killarney National Park, choć w Polsce znajdziecie zdecydowanie ciekawsze...
 

- Cork i zamek w Blarney... też przy odrobinie zachodu do pokonania bocznym wejściem (do czego nie zachęcam) ... sam zamek nie jest zbyt imponujący, ale Poison Garden (ogród z trującymi roślinami) już jak najbardziej

Dzień 4

- Hook Lighthouse - reklamuje się jako najdłużej wciąż operująca latarnia morska na świecie. Dlaczego im nie uwierzyć, okolica też bardzo ciekawa
 

- Kilkenny - taki irlandzki Kraków, swego rodzaju skansen, warto zobaczyć tą irlandzka cepelię z typowym zamkiem, katedrą, cmentarzem, wszystkim otoczono idealnie przystrzyżonym trawnikiem
 
- Wicklow Mountains National Park - rzucić okiem, przejechac, pojechać dalej

Dzień 5

- Dublin, czyli Muzeum Guinessa, którego w stałej cenie 4,50 euro poza Dublinem kupuje się na każdej irlandzkiej ulicy (na świecie dziennie pije się 10 milionów kufli tego ciemnego piwa), do tego przyjrzeć się życiu w jednej z kilkudziesięciu europejskich central amerykańskich gigantów (Google, Facebook, Twitter mają swoje EMEA HQ właśnie w Dublinie), Phoenix Park, czyli Błonia razy kilka w centrum, Trinity College, the Spire (120 metrowa antena stojąca na głównym deptaku), i parę innych. W Dublinie żyje około 40% mieszkańców Irlandii, tu Polaków jest ponoć najwięcej, ale giną w tej międzynarodowej mieszance, na wsi też występują, ale tam giną z kolei w tej sielskiej atmosferze, w której jednak ton nadają irlandzcy wieśniacy w swetrze znanym z filmów o IRA
 
 
 
Dzień 6

- opuścić Dublin na pokładzie zawsze gościnnego Ryanaira, albo przejechać za 15-17 euro do Belfastu, gdzie zdołować się klimatem tego podzielonego murem miasta (podobne cuda można zobaczyć jeszcze w Izraelu, w Meksyku, w Nikozji czy u Orbana na Węgrzech). Takiej beznadziei nie widziałem nawet w Radomiu. I za prawdę lepiej Wam będzie w Polsce przez kolejne 4 lata, niż w katastrofalnym Belfaście
 
 
   Generalnie Irlandia jest finansowo w zasięgu przyjeżdżającego na kilka dni Polaka. Noclegi za około 20 euro, posiłki w pubie za około 15 euro z Guinessem, auto za 20 euro za dzień. A jakość dostajemy całkiem wysoką, widziałem już gorsze miejsca do życia i do podróżowania i nie dziwię się miłości, którą Polacy Irlandię obdarzyli.

 
Mołdawia (26.IX.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
  Jeśli komuś wpadł do głowy tak dziwny pomysł, jak wycieczka do Mołdawii, najbiedniejszego kraju Europy (PKB bodajże 2 razy niższe per capita niż na Ukrainie), to ja mówię: "dlaczego nie?". Krępujący będzie tylko dojazd, z Krakowa do granicy węgiersko-rumuńskiej jest mniej więcej 6 h (Satu Mare), a do granicy rumuńsko-mołdawskiej kolejne 8 h jazdy.

  Rumunią już absolutnie nie można straszyć dzieci, coraz trudniej spotkać na drodze wszechobecne jeszcze kilka lat temu nieoświetlone wozy z sianem, praktycznie nie można ujrzeć już dziur w nawierzchni (dawniej bywały leje po bombach), miasta przypominają te austriackie, a ludzie tych z Champs Elysee w Paryżu. Ameryka. Setki odnowionych monastyrów umilają drogę północnymi rubieżami Rumunii (w kierunku granicy w Iassy), słynną Bukowiną, która nie tak dawno pozostawała jeszcze pod polskim jarzmem. Nie ma już na rumuńskich drogach osławionych patroli, które wyciągały rękę po jakąkolwiek walutę, zdecydowanie polecam tak do Mołdawii dojechać i absolutnie nie kierować się przez Ukrainę (ryzyko kilkugodzinnego postoju krajoznawczego na obu granicach). Tylko autostrad nie widać zbyt wiele.
 
Rumunia 

  Zabawa zaczyna się na granicy mołdawsko-rumuńskiej. Rozbieranie auta na części, niemiła obsługa, zielona karta (5 euro), podatek wjazdowy (4 euro)... ale jest WiFi! Czego się nie robi dla klienta, żeby się nie nudził, podczas "wykonywania czynności". Jeszcze tylko 100 km do Kiszyniowa (2 h jazdy dość wyboistą, ale znośną drogą) i jesteśmy w stolicy, która na pewno robi lepsze wrażenie niż takie radzieckie cudeńka jak Duszanbe czy Biszkek. Blokowiska wyglądają całkiem przyjaźnie, w centrum setki kwiaciarni, jest McDonald, BMW X5, eleganckie "Lounge", w których mołdawska klasa wyższa omawia jak biznesowo lawirować między UE, a Rosją, choć wielu Mołdawian głośno myśli i marzy o Mołdawii jako części Rumunii. W końcu nikt nie chce być pariasem kontynentu, na którym mieszka, choć po tych wszystkich zapowiedziach spodziewałem się czegoś znacznie gorszego.
 
 

  Ceny są bardzo przystępne, hotele w centrum od 60 PLN za dwójkę, restauracje od 40 PLN za parę. No i większość atrakcji jest praktycznie maksymalnie poł godziny od Kiszyniowa (na sam Kiszyniów kilka godzin wystarczy). Oto ich krótka lista:

No1. - Milestii Mici - potentat na rynku winiarskim, 1,5 mln butelek wina pochowanych w kilkudziesięcio kilometrowych korytarzach podziemnych... pomiędzy tym wszystkimi jeździ się samochodem... notowane w Księdze Rekordów Guinessa, atrakcja na skalę światową. 60 zł bez degustacji, 70 zł z degustacją. Po wyjściu z lokalu obowiązkowy sklep, gdzie chyba całkiem znośne wina sprzedają już od 5 zł za butelkę. Idealne miejsce dla krakowskich centusiów.
 
 

No2. - Cricova, jak wyżej, ale już bez możliwości manewrowania bolidem pomiędzy beczkami i butelkami. Obowiązuje wcześniejsza rezerwacja, wydaje się być bardziej wysublimowana niż jej konkurentka.

No3. - Monastyr Orheiul Vechi - wart krótkiej przejażdżki, kilkuset letni, położony na skale. Choć Meteory greckie to jednak zdecydowanie wyższa liga
 
 

No4. - Soroca Fortress - dla bardzo dużych koneserów fortec...chyba nie warto tłuc się dla tej fortecy po mołdawskich drogach.

Reasumując - 2 dni w Mołdawii to wystarczający czas na obejrzenie głównych atrakcji. Z ludźmi się bardzo nie zaprzyjaźnicie, ale wina napijecie i wszechobecną atmosferą "mam wyje..ne" się zachłyśniecie. Wszystko wśród pól, lasów i winnic.

POLECAM.
 
 
 
 

 
Europa w ruinie (31.VIII.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
  Podróż po Polsce w ruinie kilka tygodni wcześniej okazała się dużym sukcesem, wróciłem cały i zdrowy, postanowiłem więc powąchać trochę Europy w ruinie.
   
   Tym razem budżet się zwiększył i mogłem na peronie w Krakowie udać się na peron dla VIP'ów, czyli tam, gdzie stało słynne Pendolino. Już na starcie 20' poślizgu, heheszków i docinków w kierunku PKP końca nie było, ale po 2h10' trzeba było wszystko odszczekać, bo Pendolino dojechało do Warszawy o czasie. Poziom obsługi na najwyższym poziomie, bardzo profesjonalne tłumaczenia o "naszych najlepszych ludziach pracujących nad implementacją WiFi", szkoda tylko, że odebrali słynny poczęstunek od PKP Intercity, to chyba było ostatnio małe Prince Polo. Teraz to luksus w tylko w pierwszej klasie, choć trzeba oddać, że woda i sok oraz kawa jest dalej. Przypominam zawsze w tym miejscu, że za taki sam odcinek w Czechach płacimy połowę stawki.

   Po drodze oczywiście dworce odpicowane jak panny z Frantica, ale o tym już było w poprzednim odcinku.

   Celem pośrednim była Warszawa, a bezpośrednim w Polsce Gdynia. My, ludzie z południa, zawsze z pewną dozą podniecenia odwiedzamy Trójmiasto i wybrzeże Bałtyku, takie same emocje towarzyszą tym z "góry mapy", kiedy jadą do Krakowa i dalej w Tatry. Nie inaczej było tym razem, powietrze nasycone mitycznym jodem wesoło wchodziło w nozdrza.
 
Plaza w Gdyni 

   Sam Bałtyk, szczególnie ten nad Zatoką Gdańską, to jest jednak porażka. Czerwona flaga, zakaz kąpieli, sinice, nowe modne zjawisko upwelling (czyli 9 stopni Celsjusza temperatura wody), bardzo duże stężenie "kur.w" w powietrzu, gofry za dychę i tłumy (choć nie było zbyt wielu parawaniarzy, wbrew szerzonej propagandzie) - ja mówię Bałtykowi NIE, choć szanuję zdanie romantyków, którzy uwielbiają spacery po władysławowskiej plaży, nawet w sezonie (mam informacje, że puste plaże bez problemu znaleźć można między większymi miejscowościami i w środku lata i ja tym informacjom wierzę).
 
 

   Bałtyk mimo wszystko wciąż tańszy jest niż Chorwacja, ale to, co tam dostajemy, to towar na maks dostateczny. Oczywiście piękny jest Gdańsk, choć zapchany tandetnymi straganami Jarmarku Dominikańskiego, zza których ledwie co widać zabytki (Długi Targ, Dwór Artusa, Mariacka, Martwa Wisła to klasa światowa, o czym świadczą tłumy zachodniaków i dewizowców, oni zawsze wiedzą co najlepsze).

   No i w Gdańsku jest muzeum, które określam chyba mianem najlepszego jakie widziałem - Europejskie Centrum Solidarności, zaraz za bramą Stoczni Gdańskiej, szkoda jednak, że brama prowadzi teraz do muzeum, a nie do zakładu produkcyjnego. To jest też element Polski w ruinie, bo niemieckie stocznie radzą sobie świetnie.
 
 

   Ruszamy dalej, to zaskakujące jak tanio można polecieć z Gdańska czy innych Katowic, w środku sezonu, kupując bilety kilka dni wcześniej, w kierunku Zachodu, Północy czy nawet Południa Europy. Bilet do Hamburga to koszt 150-200 zł, praktycznie z ulicy. To dla emigrantów działa prawie jak Mega Taxi w Krakowie.

   Hamburg to jeden z największych na świecie portów, Niemcom opłacało się go zbudować nawet 100 km od morza, nie chcę nakłamać, ale chyba coś nawet kopali. Oczywiście jest i Czerwona Dzielnica, St.Pauli, wiadomo, że marynarz schodzący na ląd, to marynarz wygłodniały. Ale to wszystko już raczej melodia przeszłości, St.Pauli to raczej legenda, rzeczywistość jest taka, że dzielnicę opanowali hipsterzy i już wkrótce podzieli los Brooklynu, który powoli staje się jedną z najdroższych i najmodniejszych nowojorskich dzielnic.
 
 

  W każdym razie Hamburg to stolica niemieckich mediów, Spiegel, Bild itp., nawet James Bond w którymś z odcinków walczył tu z magnatem medialnym, który oczywiście miał w planie piękną, światową katastrofę. Hamburg jest bogaty, jest ładny, jest określany jak tuzin innych miast Wenecją Północy no i w okolicach Dworca Głównego szokuje - nie widać tam rodowitego Niemca, są za to Turcy, Syryjczycy, Ghanijczycy i Albańczycy. Kilka kilometrów dalej 2 piękne sztuczne jeziora, na których "prawdziwi" blond Niemcy pływają na swoich żaglówkach, wieczorem obsiadając jedną z setek wytwornych kawiarenek, bo Hamburg to wielkie pieniądze z handlu i właśnie z portu, stojąc jakby ponad tymi wszystkimi historiami o emigrantach szturmujących Europę Zachodnią. Czy słusznie, czas pokaże.
 
 

  Wart jest Hamburg 17 euro i noclegu w Generator Hostel, wart jest jednego dnia, chociażby dla spaceru tunelem pod rzeką (auta zwożone są windą kilkadziesiąt metrów pod ziemię).

  Z Niemiec już blisko do Holandii, tworu przeoranego przez człowieka na wszystkie strony. Tysiące kilometrów autostrad, śluzy, promy, kanały, rowerowe wielopoziomowe skrzyżowania, wiatraki, perfekcyjna kolej i zgrana karta - Amsterdam - ile można zachwycać się coffee shopami i paniami ze wschodu w oknach o czynszu 150 euro za dzień. Ładniejsze kanały spotkać można na przykład w Delf, gdzie chowa się holenderskich królów, Groningen jest bardziej swoiski, a w Rotterdamie klasa i szyk, bo to holenderski odpowiednik Hamburga, największy w Europie port kontenerowy, ciągnący się 50-70 km wgłąb lądu, zatrudniający 315 tysięcy ludzi. Miasto nie było odbudowywane ząb w ząb po II-giej Wojnie Światowej, rozdano nową kartę, nadano mu nowy kształt. Pieniądze wiszą w powietrzu, robi zdecydowanie lepsze wrażenie niż zadeptany, cygański i łajdacki Amsterdam. W Holandii wszystko jest blisko, bez problemu i bez wysiłku można być jednego dnia i w Eindhoven i w Goudzie, i w Amsterdamie, i w Rotterdamie i w Hadze. Najlepiej to robić autem, bo ceny pociągów nie są najtańsze, choć po prawdzie cena parkingu może też boleć. 50 euro kosztuje całodniowy karnet na wszystkie pociągi, więc można spróbować w ten czas objechać co mniejsze holenderskie atrakcje, choć uprzedzam, że co chwilę człowiek będzie się zatrzymywał, zachwycając się aż czasem kiczowatym krajobrazem - młyn, wiatrak, kanał, rower, tulipan. Niczego nie oczekujcie od ludzi. Holendrzy to nieprzyjemny naród, już za II wojny znany z wydania prawie wszystkich Żydów Hitlerowi. A może jednak objechać Holandię rowerem ? Międzymiastowe rowerowe autostrady to norma.
 
 

  Niestety Holandia to droga impreza. 50 euro na dzień to absolutne minimum, celujmy w 70-80e, Lonely Planet wszystko poniżej 100 euro na dzień traktuje w kategorii ubóstwa i my Polacy musimy się w tym zmieścić. Pod tym względem Niemcy są sporo tańsze, nie wywołują też tak klaustrofobicznych odczuć jak Niderlandy. Tu jest tłoczno prawie jak w Indiach.

  Przykładowe ceny:

  • 7,50 euro - całodzienna komunikacja Amsterdam
  • 25 euro - pociąg Groningen - Amsterdam
  • 8-15 euro - lunch
  • 12 euro - wynajem roweru Rotterdam
  • 1 euro - Heineken z nalewaka na ulicy w Groningen
  • 20-25 euro - dorm i upodlenie z 8 osobami w środku w jednym z holenderskich hosteli
  • 5 euro - joint w coffee shopie.
 
 

   Darmowa jest tragiczna pogoda, w Holandii prawie cały czas leje, wieje i jest niefajnie, wyrazy współczucia dla imigrantów z Surinamu czy Indonezji, byłych holenderskich kolonii, ale przynajmniej będą żyć dłużej.

   I znów relatywnie tani lot z Eindhoven do Polski (299 PLN), "na jutro" i kolejny etap podróży, tym razem rodzinnie, więc samochodowo.

   Adriatyk i Szybenik to 12 h jazdy autostradami, za około 1000 zł w 2 strony (benzyna plus naklejki na szybę), do Zadaru to pewnie i 10-11h. Nie zalecam podróży powyżej Zadaru, czyli do nie-Dalmacji, tam pogoda też bywa w kratkę, morze nie jest już tak kuszące, a noce tak ciepłe. Chorwacja od Bałtyku na pewno jest droższa, ale czy za cenę paru stówek mamy sobie odmawiać komfortu i pełnego zadowolenia? Polacy najechali Chorwację już niczym Czyngis Han najeżdżał sąsiadów 1000 lat temu, ale dalej tych zatoczek, wysepek jest nieskończona ilość, na pewno dla każdego wystarczy. Czy to tekstylnego czy też nie, jak mówiłem, Polaków jest w tym roku więcej, więc i "ku.w" w powietrzu też więcej, ale ginie to jednak w zalewie innych nacji, głównie Czechów, Niemców i Węgrów. Po ISISie w Turcji, po Alfa Star i Egipcie, po strachach bankomatowych w Grecji, Chorwacja wydaje się najrozsądniejszą opcją na wakacje typu leżak, piwo i słońce. Polecam Rogoznica, Omis, wybrzeże miedzy Sibenikiem, a Makarską, nie ma co dalej jechać, bo chorwackie autostrady w sezonie dotknięte są przeciążeniem, czas jazdy do Polski może wydłużyć się o 3-4 godziny, w zależności od korka na bramkach i granicy ze Słowenią (Chorwacja jest poza Schengen). Chyba, że nie zachowamy się jak większość baranków i na wakacje ruszymy na przykład we wtorek albo chociażby w nocy.
 
 

      Piękna ta nasza Europa, prawda ?
 

 
<< Start < Prev 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Next > End >>

Results 1 - 10 of 230


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2016 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.